Fotografowałem z okna, z odległości około 40 metrów. Canon R + EF 100-400L IS USM z telekonwerterem 2×. Kwiczoły buszowały między gałęziami a za jabłonią jest drugie drzewo, które dało pstrokate tło. Trudno. Kiepskie te zdjęcia, ale od dłuższego czasu pierwsze jakie zrobiłem przez tą nieszczęsną epidemię. Obrabiam stare fotografie, coś pokażę. Na razie wszystkich pozdrawiam.
I coś mi się przypomniało… Gdy chodziłem do szkoły podstawowej nr. 2 im. św. Wojciecha w Krakowie, a to były lata 40 ubiegłego wieku, nasz ulubiony nauczyciel przyrody i historii, Grzybek – nazwiska niestety już nie pamiętam – opowiadał nam na lekcji przyrody, że kwiczoły są przysmakiem nie byle jakim. Inaczej bym o kwiczołach nie zapamiętał. Odławia się je, bo przylatują do sadów dużymi stadami, po obskubaniu są pieczone razem z wnętrznościami, bo same się nafaszerowały jabłkami, i zjada się je z wnętrznościami i kostkami, które są kruche i miło chrupią w ustach. O Grzybku mógłbym dłużej, ale to inne tematy.
Musisz się zalogować aby dodać komentarz.